czwartek, 28 kwietnia 2016

Dokładnie (nie)zgodnie z planem!

          Ledwo co zaczęłam, a już nie trzymam się terminów. Na swoją obronę rzucę tylko, że jestem w tak niskim punkcie, że nie mam motywacji do... Cóż, niczego. Najchętniej spałabym cały czas - cały ten czas, kiedy jest źle i obudziła się, gdy będzie lepiej.
Oh well, we've got a surprise for you young lady - nic się samo nie naprawi.
Wiem.
Doskonale to wiem.
Po prostu nie potrafię się zebrać, żeby w końcu zrobić lepiej. Miałam zadzwonić, miałam się umówić, miałam... Ale tak cholernie się boję... Nie potrafię. Brakuje mi kogoś, kto naprawdę się przejmie. Tak... Naprawdę. Ona? Cholernie jej ufam, kocham ją - ale ona mnie nie słucha. Przeważnie mi to nie przeszkadza, ale... Ale teraz tego chcę. Teraz tego potrzebuję. Potrzebuję szczerego zainteresowania... Ale nie jestem jej numerem jeden, nie jestem niczyim numerem jeden. Nie potrafię się zmusić do pisania - kiedyś sprawiało mi to tyle radości. Teraz to kolejna rzecz, która mnie przerasta.

          Nie wiem czy jest kolejna tak męcząca rzecz, jak to, że chcę przespać zły humor, ale z moim snem [czy też jego brakiem?] jest to słabo możliwe.
À propos snów! Miałam dzisiaj okropny koszmar. Śniło mi się, że była wojna - nie "zwykła" wojna, to była apokalipsa + wojna, a ja byłam w jakimś wysokim budynku. Przeszklonym budynku. Byłam przerażona. Poczułam się jeszcze gorzej, gdy naprzeciw armii - która mnie nie widziała (byłam wysoko, a szyby były przyciemnione) - w ręce trzymałam łuk z jedną strzałą. Ta jedna jedyna strzała, wypadła przez okno, a do drzwi ktoś zaczął się dobijać. Znalazłam - ba, wiedziałam, że gdzieś tu są - dodatkowe strzały - nazwanie ich strzałami to spora przesada. To były ładne patyki, lekko zaostrzone na końcu. W każdym razie, gdy dwójka ludzi wpadła do pokoju, ja odskoczyłam w bok, a oni wpadli po barki w podłogę. Tak. W podłogę. Utknęli tam. Jeden z nich umarł od razu, a drugi czuł się całkiem dobrze - a to źle. Za oknem zobaczyłam przesuwającą się ku górze platformę, a na niej jakieś dwie kobiety - te, których armia stała po drugiej stronie, na ziemi. Ich platforma się zacięła wpół piętra, więc nie mogły mnie zobaczyć przez otwarte okno, ale ich głowy były dokładnie na wysokości mojej. Koniec końców musiałam zabić tego mężczyznę, ale nie potrafiłam - najgorsze, że w ogóle próbowałam. Za każdym razem, kiedy wbijałam mu strzałę w twarz, a ta jedynie go raniła czułam wszelkie możliwe rodzaje bólu psychicznego. On jedynie się śmiał z tego, jak bardzo nie potrafię nawet go zabić. Mówił, że nic nie potrafię, że przez to zginę. Zaczął się śmiać, jedna z kobiet podeszła do okna i uważnie przez nie zerknęła - wiedziałam, że teraz może mnie zobaczyć. Ręcznie wbiłam strzałę wprost w jego otwarte usta, przebiłam się w górę. Na moją rękę spłynęła gęsta ropa - nie krew. Ropa. Litry ropy. On złapał się za twarz jęcząc w bólu. Kobieta mnie zauważyła. Ja go zabiłam, a i tak miałam przez to umrzeć. Wtedy się obudziłam, czując się emocjonalnie zdewastowana. Z tego miejsca bardzo mocno DZIĘKUJĘ SNOM ZA POMAGANIE W ŻYCIU CODZIENNYM (nie).

          Jest 22:55, a ja już od ponad godziny marzę tylko o tym, żeby wyschły mi włosy, żebym mogła iść spać. Tylko po to, żeby jutro znowu wstać za późno, wstać znowu zmęczoną. Niechętną do życia.


Naprawdę powinnam zadzwonić.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Czy można...

          Czy można się zmęczyć zauroczeniem? Samym uczuciem. Dzisiaj mój mózg przebiegła myśl, że zaczęłam szukać seriali, filmów i książek, gdzie wiem, że związki powstaną. Szybko. Bardziej zaczęła mnie cieszyć wizja związku, niż jego powstawania - czyyli dokładnie na odwrót do tego, co cieszyło mnie dawniej, Czy mogę odczuwać zmęczenie byciem zauroczoną... Bez wzajemności? Może to jest największy problem. Może to jest cały problem?
Za każdym razem, gdy wyobrażam sobie jakąś bliżej nieokreśloną przyszłość, z jakimś bliżej nieokreślonym człowiekiem widzę zostawiane przez niego sterty naczyń w zlewie, słyszę kłótnie o niedocenianie się wzajemnie w sprawach utrzymywania mieszkania w porządku - ha, właśnie. Widzę wspólne mieszkanie. Nie widzę pierwszych spotkań, pierwszych, głupawych uśmiechów. Starania się, by wypaść dobrze - tego po prostu nie ma. Moja wizja to pomija. Czuję się właśnie tak, jak gdybym miała dość próbowania, chcę po prostu efekt.
A wcale tak nie jest.
To przez długi czas siedziało i rosło w mojej podświadomości - koniec z tym. Raz uświadomione już tam nie wróci.

          Czasami przeraża mnie, jak bardzo tęsknię za szkołą. Codziennie. Nie za samym budynkiem, instytucją, czy - tym bardziej!!! - ludźmi: wszystkimi, czy to dzieciaki, czy - ZGROZO - nauczyciele. Tęsknię za tym, że to wszystko było... Codziennie. Studia mam przez trzy dni w tygodniu - wiem, powinnam się cieszyć. Naprawdę wiem i daje mi to sporo luzu, z którego SZCZERZE się cieszę. Po prostu czuję się... Dorosła. Gorzej, bo kiedy w piątek wieczorem dogoni mnie ten obrzydliwy nastrój, wyrzucę go dopiero w środę, nie poniedziałek. Wiesz, zajmę się czymś.
Z jednej strony praca byłaby świetnym wyborem - pomoże i w finansach, i w odciąganiu od myśli - ale jeszcze się boję. Boję się, że sobie nie poradzę, wszędzie: w pracy, na uczelni, że nie uda mi się tego łączyć... Już i bez tego dostałam 3.5 z logiki [nota bene pierwszy raz w życiu ocena zabolała mnie tak bardzo]. Wiem, że jest to kolejny z moich problemów, które po prostu muszę przezwyciężyć, ale... Boję się. Robię wszystko sama, nie jestem do tego tak dobrze przygotowana. Już fakt, że sama ogarnęłam wszystko związane ze studiami, mieszkaniem i przeprowadzką do Katowic jest niesamowity... Fakt, że się staram, że wyciągam z tego jak najwięcej!... Czuję, że to wciąż za mało i to doprowadza mnie na skraj. Obawiam się.

          Czasami nie wierzę, że to akurat mnie spotkało takie szczęście, że to akurat ja dostałam się na ten kierunek - kocham go. Jest idealny pod każdym względem. Wszystkie zajęcia sprawiają mi radość, jestem ich ciekawa, nie mogę się ich doczekać. Szczerze.

Mam wrażenie, że karma upomina się o swoje. Zrobiłam kilka okropnych rzeczy, ale również nieco dobrych. Jestem wdzięczna, niczego nie przyjmuję jako pewnik.
Różnorodność ludzi też jest wielkim plusem - niektórych lubię, niektórych niekoniecznie. Niektórych  nawet kocham. Niezależnie od wszystkiego - każdego po kolei chciałabym poznać. To nie jest możliwe, ale strasznie bym chciała.

          Niekiedy przytłacza mnie myśl o tym, jak wiele historii codziennie mijam. Każdy człowiek ma swoją unikalną historię i najgorsze w tej świadomości jest to, że nigdy tych historii nie poznam. Nieważne jak bym się starała. Drugiego człowieka nie da się poznać.

          Skończę na dzisiaj, zanim przejdę do tego, jak bardzo umieram ze szczęścia, że jutro zaczynam kolejny tydzień na uczelni, bo to może zacząć brzmieć dziwnie!

How to start feeling again?

          Pytanie z tytułu jak najbardziej na czasie, jeśli mowa o moim życiu. Przestałam czuć. Całkowicie. Po raz drugi. Znaczy.. To jest dziwne - z jednej strony mam znieczulenie emocjonalne, nie czuję nic, kompletnie nic - zaś z drugiej, jest pewna osoba, którą usilnie adoruję. Ta osoba jednak działa na mnie głównie kiedy jest w pobliżu. Te osoby - bo są dwie.
Dwóch?
Cholerne piątki!

Stwierdziłam, że muszę zacząć się uzewnętrzniać. Nawet jeśli jest to bez żadnego głębszego przesłania, nawet jeśli piszę to sama do siebie to... To chyba taki jest zamiar. Chcę po prostu zacząć się ponownie zastanawiać nad swoim wnętrzem, bo... Brakuje mi tego. Chcę czuć. Chcę czuć się chociażby źle, tylko po prostu chcę czuć. Tak naprawdę to wolę walkę ze smutkiem - z nią można coś zrobić. Teraz czuję się, jakbym walczyła z wiatrakami. Chociaż... Tak naprawdę nie czuję jakbym miała w ogóle jakiegoś wroga, jakiś cel. Ja sobie tak po prostu egzystuję, o tak, żeby być. Jestem.
Zaczęłam się skupiać nad nauką, uczucia odstawiłam na bok i to był mój błąd. Co prawda zostałam potężnie kopnięta w tą stronę [blizna po A nigdy nie zniknie]... Ale czy to ważne? Ważne jest, że mówię co myślę, że piszę to, co goni po mojej głowie. A przynajmniej tak mi się zdaje...

Jak jest? Jest inaczej. Jest kurewsko inaczej.
Jestem dorosła. Dwadzieścia już tam gdzieś krzyczy - tak naprawdę nie bałam się 18, 19... Boję się 20. To jest całkowicie inna liczba, to jest... Już nie jestem nastolatką; muszę za sobą zostawić rozdział dziecka. Definitywnie.
Co prawda nigdy nie mogę przestać dbać o wewnętrzne dziecko i nastolatka, ale jednak jest to ten moment, w którym to ta dorosła część musi być przy kontroli najczęściej.
Poszłabym się gdzieś zabawić. Z ludźmi. Coś zrobić. Żeby poczuć.
Boli mnie, że przestałam widzieć moje opowiadania - to skłoniło mnie do poszukania odpowiedzi na pytanie, które już padło: jak ponownie zacząć czuć? Napisałam stronę - tekst jest suchy, nieprzyjemny, nieemocjonalny. Potrzebuję koniecznie przeczytać kilka romansideł. Potrzebuję się zaangażować w coś emocjonalnie. Potrzebuję tego.
To jest nieco przerażające, w jak wielkie zobojętnienie wpadłam: nie obchodzi mnie w co się ubrałam, jaki make-up zrobiłam, co robią moje włosy. NIE, to NIE JEST dobrze. Zawsze sprawiało mi to przyjemność, wyglądanie dobrze równało się czuciu się dobrze. Teraz tak nie jest, teraz mam to tak samo w dupie - nieważne, czy przygotowywałam się godzinę, czy dziesięć minut. Ale ja chcę to znowu czuć, chcę czuć zadowolenie z tego, że wyglądam dobrze. Że się postarałam.
Cały obraz składa się z takich maleństw, które - pojedynczo - ani się nie rzucają, ani nie kolą w oczy. Mnie boli cały obraz i każde maleństwo. To jest jak puchaty stworek: stworek to mój wielki problem, stworzony z problematycznej sierści, którą tworzą pojedyncze, problematyczne włosy. Ty, patrząc na stworka, widzisz że jest problematyczny, ja muszę o niego dbać, ja wiem, że nierozczesane futro składa się z setek milionów pojedynczych, pokudłaczonych włosków, które raz zaniedbane, cholernie trudno rozczesać.
Zastanawiam się, czy nie skoczyć na głęboką wodę - czy nie zrobić czegoś, czego bym nigdy nie zrobiła. Czegoś poważnego, czegoś dużego.
Może powinnam się mu przedstawić.
Coraz poważniej myślę o niewielkim tatuażu na nadgarstku. O kocie. Chcę tam kota. Nie wiem co prawda jeszcze którego, ale tak strasznie chcę tam drobnego kota.

O, hej! Nauczyłam się pisać tengwarem w języku polskim! Chyba do końca świata będę zapominać jak wygląda "f", ale reszta przychodzi mi całkiem płynnie! Czasami samo narysowanie "z" jest problematyczne, o "ź" nie wspominając [odwrócony do góry nogami znak na "z", z tehtą "i" pod spodem]! W każdym razie tak... Chciałam się pochwalić.
Chcę też nauczyć się pisać nim po angielsku - jak super by to było!

Chcę też znowu czuć muzykę [tak, temat zagubionych uczuć odbija mi się na wszystkim - gdyby stworzonko z poprzedniej metafory było uszyte, to problematyka uczuć - czy też ich braku - byłaby nitką, trzymającą wszystko w kupie], chcę ponownie usłyszeć. Naprawdę usłyszeć. Słuchać z przejęciem, z emocjami. Chcę, żeby te piosenki potrafiły znowu mną targać po całym spektrum emocjonalnym. Wiem, że to przyniesie mi cierpienie - ale przyniesie też szczerą, długotrwałą radość, a dla tego warto przecierpieć te gorzkie momenty.
Powinnam pisać notki codziennie. O tym jaki był dzień, jak się czułam, o czym myślałam... Mam nadzieję się tego trzymać [znając mnie jest to wysoce wątpliwe, ale spróbować można!].

Potrzebuję pamiętnika.