Oh well, we've got a surprise for you young lady - nic się samo nie naprawi.
Wiem.
Doskonale to wiem.
Po prostu nie potrafię się zebrać, żeby w końcu zrobić lepiej. Miałam zadzwonić, miałam się umówić, miałam... Ale tak cholernie się boję... Nie potrafię. Brakuje mi kogoś, kto naprawdę się przejmie. Tak... Naprawdę. Ona? Cholernie jej ufam, kocham ją - ale ona mnie nie słucha. Przeważnie mi to nie przeszkadza, ale... Ale teraz tego chcę. Teraz tego potrzebuję. Potrzebuję szczerego zainteresowania... Ale nie jestem jej numerem jeden, nie jestem niczyim numerem jeden. Nie potrafię się zmusić do pisania - kiedyś sprawiało mi to tyle radości. Teraz to kolejna rzecz, która mnie przerasta.
Nie wiem czy jest kolejna tak męcząca rzecz, jak to, że chcę przespać zły humor, ale z moim snem [czy też jego brakiem?] jest to słabo możliwe.
À propos snów! Miałam dzisiaj okropny koszmar. Śniło mi się, że była wojna - nie "zwykła" wojna, to była apokalipsa + wojna, a ja byłam w jakimś wysokim budynku. Przeszklonym budynku. Byłam przerażona. Poczułam się jeszcze gorzej, gdy naprzeciw armii - która mnie nie widziała (byłam wysoko, a szyby były przyciemnione) - w ręce trzymałam łuk z jedną strzałą. Ta jedna jedyna strzała, wypadła przez okno, a do drzwi ktoś zaczął się dobijać. Znalazłam - ba, wiedziałam, że gdzieś tu są - dodatkowe strzały - nazwanie ich strzałami to spora przesada. To były ładne patyki, lekko zaostrzone na końcu. W każdym razie, gdy dwójka ludzi wpadła do pokoju, ja odskoczyłam w bok, a oni wpadli po barki w podłogę. Tak. W podłogę. Utknęli tam. Jeden z nich umarł od razu, a drugi czuł się całkiem dobrze - a to źle. Za oknem zobaczyłam przesuwającą się ku górze platformę, a na niej jakieś dwie kobiety - te, których armia stała po drugiej stronie, na ziemi. Ich platforma się zacięła wpół piętra, więc nie mogły mnie zobaczyć przez otwarte okno, ale ich głowy były dokładnie na wysokości mojej. Koniec końców musiałam zabić tego mężczyznę, ale nie potrafiłam - najgorsze, że w ogóle próbowałam. Za każdym razem, kiedy wbijałam mu strzałę w twarz, a ta jedynie go raniła czułam wszelkie możliwe rodzaje bólu psychicznego. On jedynie się śmiał z tego, jak bardzo nie potrafię nawet go zabić. Mówił, że nic nie potrafię, że przez to zginę. Zaczął się śmiać, jedna z kobiet podeszła do okna i uważnie przez nie zerknęła - wiedziałam, że teraz może mnie zobaczyć. Ręcznie wbiłam strzałę wprost w jego otwarte usta, przebiłam się w górę. Na moją rękę spłynęła gęsta ropa - nie krew. Ropa. Litry ropy. On złapał się za twarz jęcząc w bólu. Kobieta mnie zauważyła. Ja go zabiłam, a i tak miałam przez to umrzeć. Wtedy się obudziłam, czując się emocjonalnie zdewastowana. Z tego miejsca bardzo mocno DZIĘKUJĘ SNOM ZA POMAGANIE W ŻYCIU CODZIENNYM (nie).
Jest 22:55, a ja już od ponad godziny marzę tylko o tym, żeby wyschły mi włosy, żebym mogła iść spać. Tylko po to, żeby jutro znowu wstać za późno, wstać znowu zmęczoną. Niechętną do życia.
Naprawdę powinnam zadzwonić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz