poniedziałek, 30 maja 2016

Autorem być...

... każdy chce i - coby było śmieszniej - każdy może. Ba, każdy jest. Lepszym lub gorszym - to naprawdę bez znaczenia.
Przynajmniej ja tak uważam.

          Na samym początku zaznaczę, że to jest wpis, który - nota bene jako jedyny - będę edytować. Od razu przejdę do rzeczy, bez jakichś większych wstępów czy odbiegania od tematu (tia, już to widzę). Kocham pisać, kocham tworzyć i przedstawiać historie, więc wpadłam na pomysł zrobienia z tego pewnego rodzaju "poradnika" (przez to mam na myśli zbiór myśli, na które wpadłam w trakcie rozmyślań, planowań i procesu powstawania oraz pisania moich historii) jak pisać - według mnie, oczywiście.  Nie będę się czepiać stylu, interpunkcji, etc. (jedynie przytoczę swoje spostrzeżenia i uwagi), bo to stwarza twój styl właśnie tym twoim stylem (we wszystkich historiach pisanych najbardziej doceniam ich fabułę - oczywiście - i styl, sposób przedstawienia). Będę numerować - uważam to za najbardziej czytelną formę - ale z góry zaznaczam, że kolejność jest jak najbardziej przypadkowa(!). Po co to robię? Tak naprawdę głównie dla siebie, ale jeśli ktoś miałby z tego wyciągnąć coś, co uzna za sensowne, to... Czemu nie?
Piszę to w formie "ty coś rób", ale - jak mówiłam - to nie jest coś, co faktycznie powinieneś brać jako poradnik. Tak po prostu łatwiej i bardziej naturalnie mi przychodzi.
To jest do bólu subiektywne.
1. Zdobywaj i doświadczaj emocji. Jako autor muszę się na nie wystawiać. Po prostu nie da się tworzyć prawdziwych, szczerych relacji, nie znając ich w prawdziwym życiu. To brzmi dziwnie, ale już się tłumaczę: jestem skrajnym introwertykiem, boję się wielu rzeczy [nie powiem wszystkiego - zajęcia z logiki mnie tego oduczyły...], boję się nawiązywania relacji. Ciągle przesiaduję u siebie - teraz jest to pokój w akademiku, wcześniej był to pokój w moim domu. Ciągle gdzieś. Jedyne wyjścia, to przejście do innego budynku [w którym mieszka moja siostra, co jest niecałe 3 minuty drogi ode mnie. Kiedy miałam pokój z drugiej strony widziałam jej blok z okna], lub odwiedzenie rodziców. Sporadycznie są to znajomi [których nota bene mam tylko przez studia]. Uważam również, że z siostrą jesteśmy pewnym przedstawieniem yin i yang - prezentujemy dość mocno różne typy osobowości. Ona ma w sobie za dużo emocji - ja za mało [ironicznie - ona jest zimnym skorpionem, ja ciepłym lwem]. To wiele utrudnia. Kiedy pisałam całkiem dużo i stosunkowo znośnie miałam potężny, emocjonalny dołek. Nauczyłam się z nim radzić w głupi sposób - unikając emocji. To teraz mam... Wszystko co napiszę, jest puste. Słabe.
Znaczy... Jeszcze słabsze. Dlatego zaraz po sesji mam zamiar wziąć się mocno za siebie. Zacząć wychodzić. Jakkolwiek, gdziekolwiek. Nie mogę stać się niewolnikiem własnego strachu, prawda? Odpłynęłam od tematu... ZBIERANIE EMOCJI, przeżywanie ich. Twój smutek, radość, dołek, szczęście - coś co nadaje realizmu do wszystkiego.
2. Ucz się. Ciągle. U mnie sprawa wygląda tak, że często [na ten moment - zawsze] tworzę inne uniwersum, rzeczy dzieją się inaczej niż w naszym, kolejność i pełną historię podaję sama, na moich warunkach. Głupio by jednak było, gdybym, opisując dziewczę latające z mieczem pod pachą i rżnącą gardła przeciwników idei równości rasowej, nagle postawiła jej laptopa przed nosem. Głupia hiperbola, ale obrazowa. Mam przez to na myśli, że znajomość tematu jest istotna do wprowadzenia realizmu. Opisuję coś, co wygląda jak 1200? Powinnam coś o 1200 wiedzieć. Poza tym, nigdy nie zaszkodzi mi rozległa wiedza, a wszelkie czytanie poszerza horyzonty i nie robi żadnej krzywdy wyobraźni - wręcz przeciwnie. Dodatkowo muszę przyznać, że historia jest cholernie ciekawa!
3. Zapisuj pomysły. Wszystkie. Ja robię to wszędzie - na telefonie, przypadkowych kartkach, zeszytach, w plikach na komputerze. Tak jest dobrze, ale łatwo to pogubić, dlatego jeśli zapisujesz coś na przypadkowej kartce, to dobrze ją odłożyć gdzieś do reszty. Sama zaczęłam wszystko zapisywać głównie albo na telefonie, albo na komputerze. Czasami jednak brakuje mi chaotycznego miszmaszu [masło maślane], więc tutaj wracam do kartek. Zapisuj wszystkie pomysły - tak, te głupie również. Dlaczego? Jeden, że z czasem może się nie wydawać taki głupi, a czasami nawet konieczny; dwa, że może po czasie być podkładką do wyprowadzenia kolejnego, jeszcze lepszego pomysłu. A, chyba nie muszę mówić dlaczego zapisywanie ich jest ważne, biorąc pod uwagę jak żałosna potrafi być nasza pamięć. Zwłaszcza kiedy mowa o szczegółach. Dodatkowym plusem zapisywania pomysłów jest to, że często je konkretyzujemy w trakcie. Co wcale nie znaczy, że jeśli nie potrafisz ich ładnie ułożyć, to że masz ich wcale nie zapisywać. Jeśli nie wiesz jak to teraz zrobić - zapisz chaotycznie.

4. Wena jest przywilejem, który wcale nie jest konieczny do pisania. Każdy kto wmawia ci inaczej - kłamie. Każdy kto się nią tłumaczy [ciągle to robiłam], ubiera własne lenistwo i brak motywacji w piękne słowa.
5. Nie wiesz jak zacząć? Pomiń początek. Robię tak za każdym razem. Kiedy tylko czujesz, że dzisiaj jest dzień, kiedy coś napiszesz - rób to. Siadasz i nie wiesz jak zacząć, więc się głowisz i głowisz, aż w końcu nic nie wychodzi? To głupie. Zostaw początek na później. Kto wie, może nawet okaże się, że uroku historii nadaje brak wprowadzenia? Co ja robię najczęściej? Zaczynam. Czy to dialogiem, czy opisem sytuacji lub miejsca. Emocji. Początek, prędzej czy później, sam przyjdzie.

6. Pisz jak ślina na język przynosi. Poprawki zrobisz później.
7. Poprawkom poświęć więcej czasu, niż samemu pisaniu. Pisząc pracę na etykę, profesor rzucił nam bardzo odpowiednim komentarzem na ich temat - sparafrazuję, bo niestety nie zapisałam: gotowy tekst przeczytaj wiele razy. Kiedy zaczniesz jej [pracy] nienawidzić, to znaczy, że możesz ją wysłać - cholernie prawdziwe. Nie przesadzę mówiąc, że wszystkie opowiadanie jakie miałam na blogu czytałam po 30 razy przed wrzuceniem.
8. Szukaj inspiracji u innych. Tak, twój pomysł prawdopodobnie ma potencjał sam w sobie, ale czasami sama dyskusja z kimś o całkowicie innych poglądach, wizjach może wnieść dużo. Nawet jeśli nie zmienisz historii ani trochę, to przynajmniej upewnisz się, że możesz być pewniejszym swojej wersji.

9. Zacznij. Masz coś co chcesz napisać - zacznij pisać. Albo chociaż kolekcjonuj zbiór notatek, ośki czasowe [są super pomocne], szczegóły, wydarzenia. Cokolwiek. Po prostu tematu oddawaj część swojego czasu, nie wyjdzie ci to na złe, a historii zrobi tylko dobrze. Chodzi mi o to, co robię teraz - nie mogę pisać, dopóki nie skończy się sesja. Poświęcam na to najzwyczajniej w świecie za dużo czasu. Dlatego myślę w wolnych chwilach nad historią i zapisuję pomysły.
10. Opinie są przydatne. Dawaj ludziom do czytania to, co napisałeś i przyjmuj ich sugestie. Od tego, że jakiś element jest naiwny, po przecinki w złych miejscach. Blogi są tutaj mocno przydatne - komentarze to dar od bogów, powiadam. Sam też nie obawiaj się dawać konstruktywnej krytyki [NOTE: "chujowe, jesteś zjebana, że wymyślasz takie farmazony. Ta rozmowa była sztuczna i w ogóle co ty odpierdalasz?! Nie pisz więcej, bo kurwa nie mogę!" nie jest konstruktywną krytyką. To samo można przekazać w inny sposób, na przykład: "niekoniecznie podoba mi się to rozwiązanie. Dodatkowo ta rozmowa wydaje mi się sztuczna - może gdybyś spróbowała (podajesz swój pomysł), byłoby lepiej?" + zachęcaj. Nawet jeśli coś jest złe [według ciebie!] to pamiętaj, że ktoś to stworzył, to jego kreacja, to jego kawałek duszy i jest kurwa na tyle odważny, żeby dać ci to do czytania. Nawiasem mówiąc, nie chodzi mi o to, że przekleństwa są złe. Bądźmy szczerzy, po prostu nie zawsze działają dobrze.
11. Jeśli nie umiesz czegoś opisać, próbuj. Czytaj jak inni to rozwiązują u siebie. Potrzebowałam sceny seksu, której ni w ząb nie potrafiłam przedstawić, a nie satysfakcjonuje mnie rozwiązanie Żeromskiego. Wzięłam się za czytanie różnych blogów o tematyce bądź elementach erotycznych [co dało mi trochę więcej odwagi, bo doszłam do wniosku, że nie tylko ja mam z tym problem - tak, to było niemiłe, przepraszam]. Później sięgnęłam po 50 Twarzy Greya. Czy dało mi to odpowiedzi? Och, do cholery nie. Dało mi to niewielki zarys - to wciąż nie jest to, czego szukam. Zwłaszcza ze względu na monotoniczność opisów, do których dość szybko się przyzwyczajamy [jak często można orgazm opisywać "rozpadłam się na kawałeczki"?! No kurde! A przeczytałam tylko półtorej książki!].
12. Nie bój się znaków interpunkcyjnych. Tak, ";, :, !" to też znaki. Co lepsza, nie występują wyłącznie w dialogach; w opisie też można krzyknąć!
13. Znajomość dziwnych ["trudnych"] słów jest bardzo w porządku. Nie musisz nimi rzucać na prawo i lewo, ale daje to dodatkowy smaczek do stylu.
14. Jeśli filozofujesz, filozofuj na całego. Nie musisz podawać od razu całej wizji naraz. Możesz dawkować, ale nie ograniczaj się bo "nie, to głupie". Jestem przekonania, że w pisaniu nic nie jest głupie.
15. Nie popełniaj mojego błędu - pisząc po polsku używaj polskich cudzysłowów.
16. Słowniki to świetni kompani.
Znają słowa, których potrzebujesz i one wiedzą, jak odmieniać różne wyrazy i pojęcia.

17. Pamiętaj, że grasz na swoich zasadach. Nie daj sobie wmówić, że robisz coś źle, kiedy jesteś tego pewny - koniec końców, to jest twój twór. Autor jest kreatorem i może więcej.
18. Kiedy widzisz ten czerwony wężyk pod wyrazem, to prawdopodobnie jednak masz tam cholerny błąd i wróć do niego. Czasami pojawia się on w niewłaściwych miejscach - na przykład prokrastynację podkreśla zawsze. To samo jest z nazwami własnymi, ale to nie powinno dziwić.
19. Twój firmowy zwrot z czasem może stać się irytujący. Tak jak moje powtarzane na początku "nota bene" - z czasem nie podkreśla, a irytuje. Jak w Greyu rozpadanie się na kawałeczki przy każdym orgazmie. To po prostu przeszkadza. Synonimy to dobra rzecz.
20. Miej odwagę do dużych pomysłów. Czy to wyjdzie? Czy czytelnika denerwuje, że teraz czegoś nie rozumie? A smacznego, niech denerwuje - ty masz na to pomysł.
21. Jeśli masz jeszcze wiele do napisania, ale ciągle gubisz myśli - przeczytaj to, co już napisałeś. Tak do momentu, w którym po przeczytaniu już nie będziesz miał nic do dodania. Wtedy możesz przejść do poprawek [tak, bardzo nieprzyjemnie się uśmiechnęłam].
22. Postacie drugoplanowe często bywają jeszcze ciekawsze niż główny bohater. Z jednej strony to niedobrze, ale mimo to trzeba zadbać o charaktery tych postaci. Nawet jeśli główny bohater jest niesamowicie stworzony i cholernie interesujący, to całą historię szlag trafia, kiedy otaczają go identyczne szaraki.
23. W dialogach łatwo zapomnieć, że jest to prawdziwa (dla bohaterów) rozmowa. Przesadna teatralność czasami bywa zgubna. Wyobraźmy sobie, że postaci uciekają przed tykającą bombą, jedna z nich ma przebite ramię i je uciska, żeby się nie wykrwawić. Adrenalina umożliwia bieg i wycisza ból. Postaci biegną na złamanie karku i jeśli jedna coś krzyknie do drugiej, raczej nie będzie to długim i wykwintnym monologiem na temat okrucieństwa ludzi i życia. Raczej będzie to krótka i agresywna myśli. "Kurwa, umrzemy!" na przykład.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Dokładnie (nie)zgodnie z planem!

          Ledwo co zaczęłam, a już nie trzymam się terminów. Na swoją obronę rzucę tylko, że jestem w tak niskim punkcie, że nie mam motywacji do... Cóż, niczego. Najchętniej spałabym cały czas - cały ten czas, kiedy jest źle i obudziła się, gdy będzie lepiej.
Oh well, we've got a surprise for you young lady - nic się samo nie naprawi.
Wiem.
Doskonale to wiem.
Po prostu nie potrafię się zebrać, żeby w końcu zrobić lepiej. Miałam zadzwonić, miałam się umówić, miałam... Ale tak cholernie się boję... Nie potrafię. Brakuje mi kogoś, kto naprawdę się przejmie. Tak... Naprawdę. Ona? Cholernie jej ufam, kocham ją - ale ona mnie nie słucha. Przeważnie mi to nie przeszkadza, ale... Ale teraz tego chcę. Teraz tego potrzebuję. Potrzebuję szczerego zainteresowania... Ale nie jestem jej numerem jeden, nie jestem niczyim numerem jeden. Nie potrafię się zmusić do pisania - kiedyś sprawiało mi to tyle radości. Teraz to kolejna rzecz, która mnie przerasta.

          Nie wiem czy jest kolejna tak męcząca rzecz, jak to, że chcę przespać zły humor, ale z moim snem [czy też jego brakiem?] jest to słabo możliwe.
À propos snów! Miałam dzisiaj okropny koszmar. Śniło mi się, że była wojna - nie "zwykła" wojna, to była apokalipsa + wojna, a ja byłam w jakimś wysokim budynku. Przeszklonym budynku. Byłam przerażona. Poczułam się jeszcze gorzej, gdy naprzeciw armii - która mnie nie widziała (byłam wysoko, a szyby były przyciemnione) - w ręce trzymałam łuk z jedną strzałą. Ta jedna jedyna strzała, wypadła przez okno, a do drzwi ktoś zaczął się dobijać. Znalazłam - ba, wiedziałam, że gdzieś tu są - dodatkowe strzały - nazwanie ich strzałami to spora przesada. To były ładne patyki, lekko zaostrzone na końcu. W każdym razie, gdy dwójka ludzi wpadła do pokoju, ja odskoczyłam w bok, a oni wpadli po barki w podłogę. Tak. W podłogę. Utknęli tam. Jeden z nich umarł od razu, a drugi czuł się całkiem dobrze - a to źle. Za oknem zobaczyłam przesuwającą się ku górze platformę, a na niej jakieś dwie kobiety - te, których armia stała po drugiej stronie, na ziemi. Ich platforma się zacięła wpół piętra, więc nie mogły mnie zobaczyć przez otwarte okno, ale ich głowy były dokładnie na wysokości mojej. Koniec końców musiałam zabić tego mężczyznę, ale nie potrafiłam - najgorsze, że w ogóle próbowałam. Za każdym razem, kiedy wbijałam mu strzałę w twarz, a ta jedynie go raniła czułam wszelkie możliwe rodzaje bólu psychicznego. On jedynie się śmiał z tego, jak bardzo nie potrafię nawet go zabić. Mówił, że nic nie potrafię, że przez to zginę. Zaczął się śmiać, jedna z kobiet podeszła do okna i uważnie przez nie zerknęła - wiedziałam, że teraz może mnie zobaczyć. Ręcznie wbiłam strzałę wprost w jego otwarte usta, przebiłam się w górę. Na moją rękę spłynęła gęsta ropa - nie krew. Ropa. Litry ropy. On złapał się za twarz jęcząc w bólu. Kobieta mnie zauważyła. Ja go zabiłam, a i tak miałam przez to umrzeć. Wtedy się obudziłam, czując się emocjonalnie zdewastowana. Z tego miejsca bardzo mocno DZIĘKUJĘ SNOM ZA POMAGANIE W ŻYCIU CODZIENNYM (nie).

          Jest 22:55, a ja już od ponad godziny marzę tylko o tym, żeby wyschły mi włosy, żebym mogła iść spać. Tylko po to, żeby jutro znowu wstać za późno, wstać znowu zmęczoną. Niechętną do życia.


Naprawdę powinnam zadzwonić.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Czy można...

          Czy można się zmęczyć zauroczeniem? Samym uczuciem. Dzisiaj mój mózg przebiegła myśl, że zaczęłam szukać seriali, filmów i książek, gdzie wiem, że związki powstaną. Szybko. Bardziej zaczęła mnie cieszyć wizja związku, niż jego powstawania - czyyli dokładnie na odwrót do tego, co cieszyło mnie dawniej, Czy mogę odczuwać zmęczenie byciem zauroczoną... Bez wzajemności? Może to jest największy problem. Może to jest cały problem?
Za każdym razem, gdy wyobrażam sobie jakąś bliżej nieokreśloną przyszłość, z jakimś bliżej nieokreślonym człowiekiem widzę zostawiane przez niego sterty naczyń w zlewie, słyszę kłótnie o niedocenianie się wzajemnie w sprawach utrzymywania mieszkania w porządku - ha, właśnie. Widzę wspólne mieszkanie. Nie widzę pierwszych spotkań, pierwszych, głupawych uśmiechów. Starania się, by wypaść dobrze - tego po prostu nie ma. Moja wizja to pomija. Czuję się właśnie tak, jak gdybym miała dość próbowania, chcę po prostu efekt.
A wcale tak nie jest.
To przez długi czas siedziało i rosło w mojej podświadomości - koniec z tym. Raz uświadomione już tam nie wróci.

          Czasami przeraża mnie, jak bardzo tęsknię za szkołą. Codziennie. Nie za samym budynkiem, instytucją, czy - tym bardziej!!! - ludźmi: wszystkimi, czy to dzieciaki, czy - ZGROZO - nauczyciele. Tęsknię za tym, że to wszystko było... Codziennie. Studia mam przez trzy dni w tygodniu - wiem, powinnam się cieszyć. Naprawdę wiem i daje mi to sporo luzu, z którego SZCZERZE się cieszę. Po prostu czuję się... Dorosła. Gorzej, bo kiedy w piątek wieczorem dogoni mnie ten obrzydliwy nastrój, wyrzucę go dopiero w środę, nie poniedziałek. Wiesz, zajmę się czymś.
Z jednej strony praca byłaby świetnym wyborem - pomoże i w finansach, i w odciąganiu od myśli - ale jeszcze się boję. Boję się, że sobie nie poradzę, wszędzie: w pracy, na uczelni, że nie uda mi się tego łączyć... Już i bez tego dostałam 3.5 z logiki [nota bene pierwszy raz w życiu ocena zabolała mnie tak bardzo]. Wiem, że jest to kolejny z moich problemów, które po prostu muszę przezwyciężyć, ale... Boję się. Robię wszystko sama, nie jestem do tego tak dobrze przygotowana. Już fakt, że sama ogarnęłam wszystko związane ze studiami, mieszkaniem i przeprowadzką do Katowic jest niesamowity... Fakt, że się staram, że wyciągam z tego jak najwięcej!... Czuję, że to wciąż za mało i to doprowadza mnie na skraj. Obawiam się.

          Czasami nie wierzę, że to akurat mnie spotkało takie szczęście, że to akurat ja dostałam się na ten kierunek - kocham go. Jest idealny pod każdym względem. Wszystkie zajęcia sprawiają mi radość, jestem ich ciekawa, nie mogę się ich doczekać. Szczerze.

Mam wrażenie, że karma upomina się o swoje. Zrobiłam kilka okropnych rzeczy, ale również nieco dobrych. Jestem wdzięczna, niczego nie przyjmuję jako pewnik.
Różnorodność ludzi też jest wielkim plusem - niektórych lubię, niektórych niekoniecznie. Niektórych  nawet kocham. Niezależnie od wszystkiego - każdego po kolei chciałabym poznać. To nie jest możliwe, ale strasznie bym chciała.

          Niekiedy przytłacza mnie myśl o tym, jak wiele historii codziennie mijam. Każdy człowiek ma swoją unikalną historię i najgorsze w tej świadomości jest to, że nigdy tych historii nie poznam. Nieważne jak bym się starała. Drugiego człowieka nie da się poznać.

          Skończę na dzisiaj, zanim przejdę do tego, jak bardzo umieram ze szczęścia, że jutro zaczynam kolejny tydzień na uczelni, bo to może zacząć brzmieć dziwnie!

How to start feeling again?

          Pytanie z tytułu jak najbardziej na czasie, jeśli mowa o moim życiu. Przestałam czuć. Całkowicie. Po raz drugi. Znaczy.. To jest dziwne - z jednej strony mam znieczulenie emocjonalne, nie czuję nic, kompletnie nic - zaś z drugiej, jest pewna osoba, którą usilnie adoruję. Ta osoba jednak działa na mnie głównie kiedy jest w pobliżu. Te osoby - bo są dwie.
Dwóch?
Cholerne piątki!

Stwierdziłam, że muszę zacząć się uzewnętrzniać. Nawet jeśli jest to bez żadnego głębszego przesłania, nawet jeśli piszę to sama do siebie to... To chyba taki jest zamiar. Chcę po prostu zacząć się ponownie zastanawiać nad swoim wnętrzem, bo... Brakuje mi tego. Chcę czuć. Chcę czuć się chociażby źle, tylko po prostu chcę czuć. Tak naprawdę to wolę walkę ze smutkiem - z nią można coś zrobić. Teraz czuję się, jakbym walczyła z wiatrakami. Chociaż... Tak naprawdę nie czuję jakbym miała w ogóle jakiegoś wroga, jakiś cel. Ja sobie tak po prostu egzystuję, o tak, żeby być. Jestem.
Zaczęłam się skupiać nad nauką, uczucia odstawiłam na bok i to był mój błąd. Co prawda zostałam potężnie kopnięta w tą stronę [blizna po A nigdy nie zniknie]... Ale czy to ważne? Ważne jest, że mówię co myślę, że piszę to, co goni po mojej głowie. A przynajmniej tak mi się zdaje...

Jak jest? Jest inaczej. Jest kurewsko inaczej.
Jestem dorosła. Dwadzieścia już tam gdzieś krzyczy - tak naprawdę nie bałam się 18, 19... Boję się 20. To jest całkowicie inna liczba, to jest... Już nie jestem nastolatką; muszę za sobą zostawić rozdział dziecka. Definitywnie.
Co prawda nigdy nie mogę przestać dbać o wewnętrzne dziecko i nastolatka, ale jednak jest to ten moment, w którym to ta dorosła część musi być przy kontroli najczęściej.
Poszłabym się gdzieś zabawić. Z ludźmi. Coś zrobić. Żeby poczuć.
Boli mnie, że przestałam widzieć moje opowiadania - to skłoniło mnie do poszukania odpowiedzi na pytanie, które już padło: jak ponownie zacząć czuć? Napisałam stronę - tekst jest suchy, nieprzyjemny, nieemocjonalny. Potrzebuję koniecznie przeczytać kilka romansideł. Potrzebuję się zaangażować w coś emocjonalnie. Potrzebuję tego.
To jest nieco przerażające, w jak wielkie zobojętnienie wpadłam: nie obchodzi mnie w co się ubrałam, jaki make-up zrobiłam, co robią moje włosy. NIE, to NIE JEST dobrze. Zawsze sprawiało mi to przyjemność, wyglądanie dobrze równało się czuciu się dobrze. Teraz tak nie jest, teraz mam to tak samo w dupie - nieważne, czy przygotowywałam się godzinę, czy dziesięć minut. Ale ja chcę to znowu czuć, chcę czuć zadowolenie z tego, że wyglądam dobrze. Że się postarałam.
Cały obraz składa się z takich maleństw, które - pojedynczo - ani się nie rzucają, ani nie kolą w oczy. Mnie boli cały obraz i każde maleństwo. To jest jak puchaty stworek: stworek to mój wielki problem, stworzony z problematycznej sierści, którą tworzą pojedyncze, problematyczne włosy. Ty, patrząc na stworka, widzisz że jest problematyczny, ja muszę o niego dbać, ja wiem, że nierozczesane futro składa się z setek milionów pojedynczych, pokudłaczonych włosków, które raz zaniedbane, cholernie trudno rozczesać.
Zastanawiam się, czy nie skoczyć na głęboką wodę - czy nie zrobić czegoś, czego bym nigdy nie zrobiła. Czegoś poważnego, czegoś dużego.
Może powinnam się mu przedstawić.
Coraz poważniej myślę o niewielkim tatuażu na nadgarstku. O kocie. Chcę tam kota. Nie wiem co prawda jeszcze którego, ale tak strasznie chcę tam drobnego kota.

O, hej! Nauczyłam się pisać tengwarem w języku polskim! Chyba do końca świata będę zapominać jak wygląda "f", ale reszta przychodzi mi całkiem płynnie! Czasami samo narysowanie "z" jest problematyczne, o "ź" nie wspominając [odwrócony do góry nogami znak na "z", z tehtą "i" pod spodem]! W każdym razie tak... Chciałam się pochwalić.
Chcę też nauczyć się pisać nim po angielsku - jak super by to było!

Chcę też znowu czuć muzykę [tak, temat zagubionych uczuć odbija mi się na wszystkim - gdyby stworzonko z poprzedniej metafory było uszyte, to problematyka uczuć - czy też ich braku - byłaby nitką, trzymającą wszystko w kupie], chcę ponownie usłyszeć. Naprawdę usłyszeć. Słuchać z przejęciem, z emocjami. Chcę, żeby te piosenki potrafiły znowu mną targać po całym spektrum emocjonalnym. Wiem, że to przyniesie mi cierpienie - ale przyniesie też szczerą, długotrwałą radość, a dla tego warto przecierpieć te gorzkie momenty.
Powinnam pisać notki codziennie. O tym jaki był dzień, jak się czułam, o czym myślałam... Mam nadzieję się tego trzymać [znając mnie jest to wysoce wątpliwe, ale spróbować można!].

Potrzebuję pamiętnika.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Kompleks szarości.

Hej, dzisiaj chcę opisać mój pojebany kompleks szarości.
Jeśli chociaż w minimalnym stopniu mnie znasz, to wiesz, że co jakiś czas napada mnie bycie "szarą". Well... Tutaj przedstawiam tą beznadziejną stronę mojej osobowości - czyli tą chociaż w połowie szczerą, więc... 

SŁOWEM WSTĘPU!
Mój kompleks szarości [bo tak go nazwałam, yay] ma dwa poziomy, które działają niezależnie od siebie. Pierwszy - społeczny, drugi - dotyczący konkretnie mnie.

1. Większość ludzi widziałam i zawsze będę widzieć jako szarą masę - na własne życzenie są tacy, więc proszę mi tu ich nie bronić, mówiąc jak okropna jestem, że ich tak szufladkuję. W każdym razie [!] wiem, że każdy człowiek ma swój osobisty kolor, odcień. Wielu ludzi może błyszczeć na żółto, ale tak naprawdę każdy w innym stopniu. Człowieka widzę, jako taką... Kolorową żarówkę powiedzmy. Wpasowując się do środowiska, do bezpiecznej niszy, nakładamy szary klosz wokół siebie. Nikt nie widzi jak błyszczysz, bo jesteś wątłym światełkiem za szarym papierem. W oceanie szarości jesteś... Tylko pojedynczą kroplą - jak każda inna. Jako PSEUDO-artystka czuję się wyjątkowo żałośnie wiedząc, że niczym nie wyróżniam się z szarego tłumu, że sama napędzam szarą masę jak każdy inny. Nie jestem indywidualną jednostką - jestem jedynie częścią szarego tłumu.

2. Na tym poziomie nie znam wielu ludzi, którzy czuli by się w podobnym stopniu. [NIE TWIERDZĘ, ŻE JESTEM NAJBIEDNIEJSZA NA ŚWIECIE I KAŻDY MA MNIE ŻAŁOWAĆ, PO PROSTU JA SOBIE Z TYM RADZĘ NA TYLE ŹLE, ŻE TAK OTO SNUJĘ. PRZEPRASZAM ZA NIEPOROZUMIENIA I JEŚLI KOGOKOLWIEK OBRAŻAM czy coś]. W wieku 1-4 byłam absolutnym faworytem [przepraszam siostrę], potem zaczęło się walić, w wieku siedmiu lat miałam rozwód rodziców i obrzydliwe zachowanie mojego taty, który wzbudzał we mnie wyrzuty sumienia, żebym została. Kupował mi zabawki i... No wzbudzał wyrzuty sumienia. Zostałam, czułam, że muszę, że powinnam z nim zostać, że się przydam. To trwało... Rok? Sądzę, że tata wpadł w całkiem nieprzyjemną depresję, ale oczywiście nie był z tym nigdzie, bo przecież nie wypada. Zostawałam sama do 17, obiady jadałam u babci [której nota bene nienawidzę - nie używam tego słowa zbyt często w odniesieniu do ludzi, więc wyobraź sobie co musiała mówić, żeby sobie na to zasłużyć] i... Siedziałam sama. W wieku 8-9 lat. Może tylko na mnie to robi wrażenie, nie wiem. Nie wychodziłam z domu i rzadko widywałam się ze znajomymi poza szkołą - urodziłam się introwertykiem. Poza tym - tutaj nikt nie chciał się zadawać z tą, której rodzice się rozwiedli [mieszkam w żałosnej wiosce, w której zapomniano co to rozum - ale za to jest tu ładnie]. Nikt nigdy nie zwracał na mnie uwagi - tata zawsze w pracy, a z mamą nie miałam kontaktu [dopiero po roku, czy dwóch latach zaczęłam jeździć do niej raz-dwa razy w miesiącu na weekend] - też wina taty, ale nie o tym mowa... W każdym razie przez całe moje życie byłam przez wszystkich ignorowana. Zawsze. Kiedy coś mówię, mało kto słucha. Kiedy opowiadam, prawie zawsze ktoś mi przerywa. Mało kogo obchodzi moje zdanie, czy to, co chcę opowiedzieć. Nigdy nie potrafiłam nikogo niczym zaskoczyć, bo wszystko, co odkryłam sama powszechnie było już znane, dlatego też ludzie nie mieli zainteresowania w tym co mówię. Byłam niczym, byłam szara. Cholera, wciąż mam takie wrażenie!
Sądzę, że dlatego teraz tak przesadzam. Przesadzam, bo czuję się niezauważona. Nie chodzi mi o to, żeby ktokolwiek z was zrobił "ojejku, biedna jesteś, chodź, przytulę/pocieszę". NIE CHCĘ TEGO. Chcę po prostu to napisać.
Chcę, więc jest.
Tak, możecie kiwać głową na moją poczciwą żałość - możecie też twierdzić, że to ja jestem żałosna i wiecie co? Jest to po części racja, ale... Co z tego? Szczerze mówiąc wiem, że i tak nikogo tu nie ma, więc mogę ten wpis wypełnić słowem "kupa", a odzew byłby identyczny - nie byłoby go.

Chcę coś znaczyć - dla kogoś, dla społeczeństwa, dla siebie. Chcę potrafić być jedyną w swoim rodzaju, ale... Nie potrafię i nie nadaję się do tego.
Kompleks szarości - razem z głupotą - to moi najwięksi wrogowie, których boję się ponad wszystko.


Chcę coś znaczyć.
Chcę, żeby moje "być sobą" miało jakikolwiek wydźwięk.
Chcę, żeby moje słowa trafiały do innych.
Chcę umieć tworzyć sztukę.
Chcę umieć zasłużyć na swój kolor.




Takie małe rozszerzenie dwójki - dla ciebie to może być całkiem normalne - każdy w pewnym stopniu współtworzy szarą masę. Dla ciebie być może to żałosne, że dla mnie to taka wielka sprawa, ale... Naprawdę nie o to mi chodzi. Na mnie praktycznie nikt nie zwraca uwagi. Nikogo nie obchodzi to, że w niecałe dwa miesiące straciłam 7kg, nikogo nie obchodzą moje oceny, nikogo nie obchodzi co zrobiłam z ręką, ale - najgorsze z tego wszystkiego: nikogo nie obchodzi jak minął mi dzień, bo dla wszystkich z osobna, jestem przykryta szarym kloszem. 

sobota, 14 marca 2015

Sparkle, sparkle!

Dzień dobry! Dzisiaj dość krótko, chcę tylko podrzucić coś, co chyba jest warte podrzucenia!


rozmowa z owockem, mam nadzieję, że nie byłaby zła.


Chodzi mi o to, że... Ludzie! Najwyższa pora na troszkę uśmiechu! Bo życie w smutku jest proste, a kto chce tak naprawdę przejść życie na łatwiznę? Pasywnie. Musimy nauczyć się żyć i brać sterylne prysznice, zamiast podrygiwać jak umierająca rybka w kałuży. *blink*

Kocham was, teraz lecę do biologii i narządów zmysłu! 
Fun fact: pręciki wyłapują ruch oraz kształt i jest ich zdecydowanie więcej, niż czopków, które wyłapują kolory! A plamka żółta jest skupieniem czopków.

Czy chociaż trochę czujesz tą pozytywną energię, czy bardziej patrzysz z takim "ja pier_, co ja tutaj robię?!"? D:

niedziela, 4 stycznia 2015

STARE!~

Okay, to może być śmieszne. Wrzucam tutaj stare wpisiki ze starego śmietniczka :] Nie twierdzę, że są spoko - są słabe, ale co poradzisz :D
_________________________________________________
1.
Kojarzenie~
Ludzie lubią, lub nie lubią niektórych rzeczy, ponieważ je z czymś kojarzą. Jeśli poprawić to skojarzenie, to czy nie zmieniłoby się ich nastawienie do danej rzeczy?


Nastawienie
Kluczową rolę w 'lubieniu', odgrywa nastawienie. To właśnie ono sprawia, czy do [np.] nowej rzeczy podejdziemy z pozytywnym, czy negatywnym nastawieniem. Nastawienie to 1.coś, co czujemy kiedy pierwszy raz spotykamy się z jakąś nazwą; 2. przejęte od innych uczucia do danej rzeczy. Nastawienie mamy nawet przed 'zetknięciem się face2face' z daną rzeczą/sytuacją. Teraz pytanie: czy warto nastawiać się do czegoś w jakiś konkretny sposób, nie wiedząc o co dokładnie chodzi? Może osoba, która po usłyszeniu nazwy anime stwierdzi, że są to "chińskie bajki i lol nie będę tego oglądał, bo to shit", po wprowadzeniu się w temat i obejrzeniu kilku tytułów stwierdzi, że jednak jest to coś, co kocha? Nastawiać można się też do sytuacji, które już się stały w przeszłości. Nastawienie może być różne, praktycznie nigdy obiektywne.
 Nastawiając się do  jakiejś osoby negatywnie, nigdy nie pochwalimy jej pracy - nawet, jeśli byłoby to coś cudownego - czyż nie?

2.
Wybaczenie..?

Czy samo "tak.. Wybaczam ci.. " wystarcza, żeby polepszyć komuś humor? ... Czy słowo "wybaczam" nie jest pozbawione sensu? Są takie krzywdy, których nie da się wybaczyć. Z pozoru mogą to być "niewielkie przewinienia", ale mogą wpłynąć na cały tok myślenia konkretnej osoby. Jedno, mało znaczące kłamstwo, może spowodować lawinę myśli, zmian. Czy my chcemy zmieniać innych w ten sposób...? 

Zmiany


W moim świecie nie istnieje podział na "dobre" i "złe" zmiany. One po prostu są. Pojawiają się, odbierają lub dają nam coś... Często niesamowitego... Ważnego. Skutki zmian owszem... Można dzielić na "złe i dobre", ale... To co na pozór wydaje się złe, może, z biegiem czasu, okazać się dobre :3 Po co więc się zamęczać i uciemiężać na zapas?? Carpe diem. Żyjmy dniem, chwilą. 

Konsekwencje.. +.+

To coś, czym zawsze aż za bardzo się przejmowałam! x___x No i gdzie mnie to zaprowadziło? Nie mam problemów, ale nie mam też zbyt wielu znajomych ;____; Nie będę tutaj poruszać konsekwencji zachowań typu : zabić/ukraść/pobić. Chcę poruszyć temat ogółem. Konsekwencje... Zawsze się nad nimi zastanawiam. ZAWSZE. Chcę kogoś poznać. OK. Mam plan, pomysł - jak. Idąc w stronę osoby, strach zarzuca swoje cholerne sidła. Zwalniam. Mój tor myślenia zbacza na "a co potem..?". Nagle okazuje się, że, nieważne jak wspaniały był plan, całe to nie ma sensu! "Przecież jak podejdę, i powiem `hej` to może zostanę źle zrozumiana, może odbierze to aż nazbyt jako ofensywę?! ;___;"... Tak właśnie to się kończy. ZAWSZE.

3.
Afekt.
Jak wiele rzeczy, wypowiedzianych w afekcie, teraz żałujesz? Czy jest coś, czego NIE żałujesz? Jedno słowo..? Chociaż jedno. Jeśli odpowiedzią jest "tak", to według mnie należysz do nielicznych szczęściarzy.
Jak często zdarzało się, że stłumione słowa bolą do dzisiaj? Ta świadomość - powiem -> kłótnia, koniec znajomości, cierpienie obu stron; nie powiem -> słynne zamiatanie pod dywan. Z tym, że nie można wiecznie zamiatać pod dywan. Nie można też kupić nowego - większego. Każdy ma dywan na swoją miarę. Nie można przekraczać miary krytycznej. Po prostu nie wolno... Wtedy następuje wybuch -> wszystko wysypuję się spod dywanu, kiedy goście ledwo wchodzą do mieszkania. Chcesz do tego dopuścić? Chcesz się katować przez cały ten czas? To, że zamieciesz pod dywan, wcale cię od tego nie uratuje. Siedzisz w jednym pokoju z takim dywanem, pod którym jest wszystko... Jest ci z tym dobrze..? Brak komfortu psychicznego jest fatalny w skutkach.
Takie pytanie kontrolne -> dlaczego boimy się zwykłej rozmowy?
Dlaczego obcy ludzie wydają się straszni? Nie powiem, nie wszystkim. ^ ^"' Mówię tutaj o ludziach z moim problemem :3 
Dlaczego nigdy nie odpuścisz, skoro wymagasz tego ode mnie? 
Ludzie są pod tym względem strasznie zabawni O>O Serio. Bo w sumie.. Dlaczego wymaga się ode mnie czegoś, czego osoba wymagająca nie respektuje na samym sobie? Dlaczego ludzie są tacy uparci na swoje? Dlaczego chcesz mnie krzywdzić, dla własnej radości? 
"Maybe I was messed
You think maybe I was wrong
No way to change it
But you're never gonna let this go"
 
~ Takahiro Morita; Never Let This Go - One Ok Rock
Dlaczego? Dlaczego tak się upieramy? Nawet kiedy jest ten moment `może i byłem w błędzie`, dalej jesteśmy uparci, że na pewno to  ty się myliłeś! Nie rozumiem tego...


Marzenia
Czym są? Dlaczego inni je mają? Dlaczego ja nie mam swojego? DLACZEGO?
Czyżbyś został zgnieciony i stłamszony przez innych? Nie widać sensu w życiu? Teraz zastanów się: dlaczego. Dlaczego osobisty sens i cele zostały zagubione? :3 Zastanów się! Jaki jest twój cel w życiu? Każdy. Nawet malutki. Nie ma..? A czy nie marzy ci się podróż do Japonii? Ameryki? Czy nie chcesz zafarbować włosów na zwariowany kolor? Nie chcesz odwiedzić muzeum o rzut kamieniem od ciebie? ^ ^" To są cele :3 Może i malutkie, ale zawsze! Czy właśnie przypadkiem nie zrozumiałeś, że każdy ma swój powód..?  :3

4.
Postaram się krótko, wręcz samym zagadnieniem... Dlaczego tak wiele cennych rzeczy odchodzi, by już nigdy nie powrócić...? Dlaczego to, co dla nas najważniejsze odchodzi najszybciej, najgwałtowniej? Rzuciłabym hasłem 'Murphy, ty draniu!', ale czy można zrzucać całą winę na prawo Murphy'ego? [tak btw, jeśli nie znacie tego prawa, to polecam się z nim zapoznać....]


__________________________________
Ech, I was such a... Strange kid :')